niedziela, 4 lutego 2018

KIEDY NA MNIE PATRZYSZ - epilog 3


– Mogę w czymś pomóc?
Dziewczyna odchrząknęła i jakby dopiero teraz wróciła jej świadomość, drgnęła i spojrzała pod nogi, a potem wreszcie na niego.
– Przepraszam, że przychodzę tak późno, ale jestem sąsiadką i obiecałam zaglądać do domu pod nieobecność pana babci i dziadka…wiedziałam, że ma przyjechać wnuk i chciałam się tylko upewnić, czy to nie jakiś złodziej, albo coś takiego – zaśmiała się nerwowo na zakończenie swojej nieskładnej wypowiedzi.
Aleksander podniósł brwi jeszcze wyżej, czując, że zaraz zetkną się z nasadą włosów i uśmiechnął się jednym kącikiem ust.


– Tak, przyjechał wnuk i nie zastał tu żadnych złodziei. Dziękuję za zainteresowanie w imieniu babci i dziadka – powiedział szybko, chcąc zakończyć tę dziwną rozmowę, ponieważ sam zaczynał pomału marznąć, bo był ubranym jedynie w cienką koszulkę z długim rękawem.
– Aha, to dobrze. W takim razie dobranoc i jeszcze raz przepraszam za najście o tak późnej porze – powiedziała niepewnie, po czym uśmiechnęła się do niego i szybkim krokiem ruszyła w stronę furtki.
Zanim jednak ją otworzyła, odwróciła się i w tym samym momencie straciła równowagę na śliskim podjeździe. Omal się nie wywróciła, ale w porę złapała za drzwiczki furtki, wyprostowała się i biegiem ruszyła w stronę sąsiedniego domu.
Aleksander pokręcił głową i czym prędzej zamknął drzwi, zastanawiając się, po co dziadkowie prosili o opiekę nad domem, skoro wiedzieli, że podczas ich nieobecności będzie w nim mieszkał on. Nie ufali mu? Zamyślił się chwilę, ale, że miał w tym momencie ważniejsze sprawy na głowie, zostawił to na później.
Podszedł do salonu, zgarnął z kanapy skuloną w kłębek Karinę i zaniósł ją do pokoju na górze. Rozebrał ją, położył do łóżka i okrył szczelnie kołdrą. Darował sobie prysznic, ponieważ na ciepłą wodę musiałby poczekać jakieś pół godziny, a był już naprawdę zmęczony. Zrzucił ubranie i wsunął do łóżka obok niej. Oplótł ją ciasno ramionami w pasie i niemal natychmiast zasnął.
Niestety, nie dane mu było zaznać zbyt długiego snu. Po jakichś dwóch godzinach Karina obudziła się gwałtownie i zataczając się delikatnie, pognała w stronę łazienki. Aleksander w pośpiechu ruszył za nią, obawiając się, że dziewczyna może sobie zrobić jakąś krzywdę. Obudziła się przecież w nowym miejscu i to pod wpływem alkoholu, mogła mieć problemy z orientacją.
Zastał ją klęczącą nad muszlą klozetową z jedną ręką podtrzymującą przy szyi długie włosy, a drugą trzymającą się za brzuch. Biedactwo. Pomyślał ze współczuciem i czułością. Uklęknął przy niej i odgarnął włosy z jej twarzy i zaczął łagodnie gładzić ją po plecach. Po chwili Kariną wstrząsnęły silne torsje i zwymiotowała całe wino, którym raczyły się z Mają do kolacji.
Aleksander zaczął sobie wyrzucać, że pozwolił jej się tak urządzić. Nie miał pojęcia, że to skończy się dla niej w taki bolesny sposób. Przecież to było tylko wino, a do tego przy sutym posiłku, więc nie powinno jej aż tak bardzo zaszkodzić. Karina nie miała twardej głowy. Powinien był to przewidzieć.
Po kilkunastu minutach męczarni, Karina całkowicie opadła z sił. Aleksander posadził ją na zamkniętej muszli, wytarł jej usta nawilżoną chusteczką higieniczną, i pocałował ją w czoło.
– Już lepiej Karuś? – zapytał, wciąż gładząc ją po plecach. – Zaraz przyniosę ci gorącej herbaty.
– Najpierw chcę się umyć – powiedziała słabym, zachrypniętym głosem. – Na początek zęby – dodała, krzywiąc się.
– Dobrze skarbie, ale umyję się razem z tobą – powiedział. – A potem zrobię ci gorącej herbaty i położymy się spać.
Karina pokiwała głową i oparła czoło na jego ramieniu.
– Zabiję Majkę za to, że mnie tak ululała – powiedziała, kiedy zaczął ją powoli rozbierać. – I to dzień przed wigilią.
Aleksander nie skomentował tego, ale dobrze pamiętał, kto zmusił go do otworzenia drugiego wina i kto ochoczo namawiał do jego spożycia swoją starszą siostrę. Uśmiechnął się tylko pod nosem, posyłając Karinie wyrozumiałe spojrzenie.
– Rozprawimy się z nią jutro – przytaknął jej groźbom.
Karina pokiwała skwapliwie głową, ale najwyraźniej wciąż dręczyły ją zawroty głowy i mdłości, bo złapała się za czoło i skrzywiła z bólu.
Aleksander pomógł jej wstać z muszli i pozbyć się bielizny. Dzięki Bogu, w domu było już dostatecznie ciepło i Karina nie musiała marznąć. Szybko ściągnął swoje spodenki i koszulkę, i zanim weszli razem do kabiny, sięgnął rękoma do jej warkocza i rozplótł go, pozwalając jej włosom opaść swobodnie na jej ramiona. Uwielbiał ją w rozpuszczonych włosach, ale zrobił to przede wszystkim dlatego, że wiedział jak bardzo Karina nie lubiła spać ze splecionymi, związanymi i brudnymi włosami. Chciał pomóc jej je umyć, żeby rano poczuła się, jeśli nie w pełni trzeźwo, to chociaż świeżo.
Po godzinie oboje umyci i bardzo zmęczeni wrócili do łóżka. Karina wyglądała znacznie lepiej, po tym jak wypiła gorzką, gorącą herbatę i tabletki na kaca, które Aleksander znalazł w apteczce dziadków. Bardzo zaskoczyło go to znalezisko w zapasach leków dwójki emerytów, ale kim był, żeby to osądzać.
Kiedy leżeli już w ciepłym łóżku, a za oknem hulał głośny wiatr, rozdmuchujący zaspy śniegu, Aleksander nie mógł wyzbyć się wrażenia, że razem z Kariną są jedynymi ludźmi na świecie. Czuł przyjemne ciepło rozchodzące się po całym jego wnętrzu i był pewien, że w tej właśnie chwili nie potrzebował już niczego więcej do szczęścia. Jego szczęście leżało tuż przy nim, w tej chwili może trochę pijane, ale wciąż piękne i niezastąpione.
– Kocham cię – szepnął śpiącej Karinie do ucha i zanurzając twarz w jej włosach, zamknął oczy i zasnął spokojnym snem.
*
Zimno. To była pierwsza myśl, jaka zadzwoniła w głowie Kariny, zaraz po przebudzeniu, ale nawet ta jedna, pojedyncza myśl sprawiła, że jej głowa zaczęła wirować w takt białych kropek tańczących przed jej oczami. Otuliła się szczelnie kołdrą, ale to nie pomogło w rozgrzaniu się. Wciąż było jej niedobrze, ale w porównaniu do tego, co przeżywała w nocy, teraz odczuwała to, jako niewielką niedogodność.
Karina zebrała się na odwagę i podniosła delikatnie głowę znad poduszki i rozejrzała się po pokoju. No tak, była w pokoju Alka, ale jak się tu dostała pozostało dla niej tajemnicą. Głowa, chociaż wciąż ciężka, nie bolała, co było olbrzymim błogosławieństwem, bo nie było nic gorszego niż ból głowy na kacu. Nie mogła tego powiedzieć o reszcie kończyn. Z wielkim zdziwieniem zauważyła, że na łokciu ma wielkiego, bolesnego siniaka, a gdy próbowała zsunąć się z łóżka, omal nie upadła, tak bardzo zabolała ją noga w kolanie i kość ogonowa. Co się do cholery wczoraj działo? Zapytała się w myślach.
 Alek. To była jej kolejna myśl. Gdzie się podziewa i dlaczego nie ma go w łóżku? Jak przez mgłę pamiętała, że czuwał nad nią w nocy i pomagał, kiedy wczorajsze wino uznało, że zasiedziało się w jej żołądku i postanowiło się z niego gwałtownie wydostać. Tak, a potem Alek zajął się nią pod prysznicem i nawet umył jej włosy, zaczęła sobie przypominać. Sięgnęła ręką do rozpuszczonych włosów, żeby przeczesać je palcami. Jezu, ale miał przeze mnie wczoraj problemów. Poczuła wstyd, a czarna plama w miejscu wczorajszego wieczora tylko wszystko pogarszała.
Jak na zawołanie w drzwiach stanął Aleksander z wielkim uśmiechem na ustach. Podszedł do niej i ukucnął przy jej kolanach. Karina próbowała usadowić się na łóżku pomimo posiniaczonej tylnej części ciała. Alek odgarnął jej włosy z czoła, zebrał je na jeden bok i pocałował ją najpierw delikatnie, a potem mocniej, przytrzymując jej twarz w obu dłoniach. Karina nie mogła złapać oddechu, dlatego musiała się od niego odsunąć. Alek przyjął to z rozczarowaniem, ale po chwili uśmiechnął się tym swoim pewnym siebie uśmiechem, który zawsze odbierał jej zdolność logicznego myślenia.
– Jak się czujesz? – zapytał, wciąż się jej przyglądając.
– Lepiej – odpowiedziała z niemrawym uśmiechem. – Przepraszam za wczoraj. Nie wiem, co się dokładnie działo, jak się tu znalazłam i dlaczego boli mnie tyłek, ale wiem, że musiałam ci nieźle dopiec – powiedziała prawie nieśmiało, bo w tej chwili było jej po prostu wstyd.
– No, byłaś małym upierdliwcem, ale to nic. Po to mnie masz, żebym zbierał do kupy twój pijacki, potłuczony tyłek i doprowadzał go do porządku – zaśmiał się na końcu zdania. – Po to mnie masz, Karina – dodał już całkiem poważnie.
– Dzięki – odpowiedziała, cmokając go w oba policzki, a na koniec w usta.
W jednej chwili zadrżała, kiedy do pokoju wpadł zimny podmuch z korytarza. Objęła się ramionami, ale że była tylko w koszulce na ramiączkach i majtkach, nie za wiele to pomogło. Szybko wskoczyła pod kołdrę.
– Dlaczego tu jest tak zimno, Alek? – zazgrzytała oskarżycielsko zębami.
– Słońce, to dom, a nie mieszkanie. Tu trzeba samemu rozpalić w piecu, co właśnie skończyłem robić zanim do ciebie wróciłem, ale musimy chwilę poczekać, żeby się rozgrzał. – tłumaczył jej jak małemu dziecku, co ku jej zaskoczeniu nie poirytowało jej, tylko sprawiło, że poczuła się kochana i otoczona opieką.
Kochała Aleksandra tak bardzo, że to uczucie stało się oddzielnym bytem, który egzystował sobie w jej sercu i za nic w świecie nie zamierzał stamtąd odchodzić. 
Zaczesała jego włosy, które swoją długością zaczynały przypominać fryzurę, którą miał przez krótką chwilę na weselu Ani i James’a. Wkrótce potem, na skutek chemioterapii stracił wszystkie włosy, a nawet brwi. Karina musiała się temu przyglądać bezsilnie. Była tylko obserwatorem w jego walce, która wbrew temu, co się mówi i pisze nie była piękna i chwalebna. Była brzydka i okrutna, tak jak choroba, która chciała go jej odebrać.
Karina nigdy nie zapomni tych kilku tygodni, które były nawet gorsze, niż to, co przydarzyło jej się w zimnym zakamarku krakowskiego rynku. Nigdy nie sądziła, że kiedyś tak pomyśli, ale w tej chwili nie znała uczucia straszniejszego i bardziej bolesnego, niż świadomość, że mogłaby stracić Aleksandra. Bez niego nie umiałaby już żyć.
Odetchnęła głęboko, próbując wyrzucić z pamięci cierpiącego Alka, wolała myśleć o nim w takiej wersji, która stała teraz przed nią.
– Wiem, że dziś wigilia i powinniśmy pościć, ale nie możesz siedzieć cały dzień na pusty żołądek, więc zrobiłem nam tosty z dżemem – powiedział, uśmiechając się czule.
– Dzięki. Daj mi sekundę, ogarnę się i zaraz zejdę do kuchni – przytuliła się do niego, wyskoczyła z ciepłego łóżka i pobiegła do łazienki.
Po śniadaniu zaczęli pakować prezenty, które przywieźli ze sobą z Warszawy, a ponieważ szło im to kiepsko, każda kolejna próba kończyła się wybuchem śmiechu. Karina nie pamiętała takiego momentu w swoim życiu, w którym śmiałaby się tak często i tak beztrosko i nie dlatego, że jej życie obfitowało w jakieś szczególnie zabawne zdarzenia, ale dlatego, że czuła lekkość na sercu. Tylko wtedy mogła być sobą i śmiać się nawet z najgłupszych rzeczy, gdy była wolna i gdy znowu czuła, że żyje.
Dzień zapowiadał się słonecznie, co wcale nie oznaczało, że śnieg przestał padać. Nie przestał i nie wyglądało na to, że stanie się to w najbliższej przyszłości. Karinie to w ogóle nie przeszkadzało, ponieważ uwielbiała białe święta, a widok spadających powoli i skrzących się w słońcu płatków śniegu oczarowywał ją. Jedyny problem stanowił siarczysty mróz, który był jak drobne nożyki wbijające się w skórę, a zaczerpnięcie każdego oddechu stawało się dość bolesnym doświadczeniem. Niestety, nie dało się oddzielić piękna ośnieżonego świata od przenikającego do szpiku kości zimna. Były ze sobą połączone jak dwie komory serca, pracujące w pełnej synchronizacji.
Aleksander zabrał się za rozpakowywanie ich bagaży na górze, a w tym czasie Karina postanowiła ogarnąć kuchnię po ich wspólnym śniadaniu. Kiedy odstawiała właśnie ostatni talerz na suszarkę, usłyszała dzwonek do drzwi. Zerknęła najpierw na schody w nadziei, że Alek przejmie od niej tego kogoś, ponieważ czuła się trochę nieswojo, panosząc się w cudzym domu. Ale on najwyraźniej niczego nie usłyszał, dlatego opatuliwszy się swoim szalem, wiszącym w przedsionku, ruszyła do drzwi.
Kiedy je otworzyła, napotkała ciemnobrązowe, głęboko osadzone oczy, wpatrujące się w nią jakby Karina zamieniła się w karalucha. Wysoka dziewczyna, ubrana w opinający ją do granic możliwości niebieski sweter i wysokie kozaki na obcasie, była tak zaskoczona jej widokiem, że nawet nie drgnęła. Zapewne dziewczyna, kimkolwiek była, spodziewała się zobaczyć któregoś z mieszkańców tego domu, a nie ją, ale to nie tłumaczyło jej dziwnego zachowania.
Po chwili odchrząknęła i nerwowym gestem zebrała swoje długie włosy na jeden bok, po czym odezwała się:
– Czy zastałam Aleksandra?
– Hmm tak – Karina zawahała się, ale po sekundzie odzyskała animusz – Już po niego idę. Niech pani wejdzie – powiedziała tak uprzejmie, jak tylko potrafiła, chociaż wyraz twarzy tej dziewczyny, który zmienił się w hardy i pewny siebie trochę ją rozdrażnił i nie miało to nic wspólnego z tym, że ładna dziewczyna pytała o Alka, jakby byli dobrymi znajomymi.
Absolutnie nic.
Niespodziewany gość wszedł pewnie do środka, nie wyjaśniając ani jednym słowem powodu swojej wizyty. Swoją postawą sugerowała też, że ma prawo tu być, nawet bardziej niż ona. Kto to do cholery jest i czego chce od Alka?  Pomyślała Karina i poszła w stronę schodów, nie chcąc tracić z oczu „gościa”. Mogłoby się okazać, że na przykład jest złodziejem. Wolała zawołać Aleksandra, niż pójść po niego na górę.
– Co tam kochanie? – odpowiedział, wychylając się zza barierki na piętrze.
– Masz gościa – odpowiedziała z uśmiechem, a Alek zmarszczył zdziwiony brwi.
Zszedł po schodach i kiedy dotarł do parteru, cmoknął Karinę przelotnie w skroń. Zawsze tak robił, nieważne gdzie się znajdowali i nieważne, kto na nich patrzył. Aleksander okazywał jej uczucie każdym gestem i każdym słowem. Karina wiedziała, że nie robił tego na pokaz, czy żeby coś komuś udowodnić. Robił to, bo taki już był, bo ją kochał i tak jak ona nie potrafił sobie odmówić czułości, gdy byli blisko siebie.
Zszedł na dół i, z wciąż zmarszczonym czołem, przystanął przy drzwiach prowadzących do ganku.
– Tak? – usłyszała jego głos.
Karina nie chciała podsłuchiwać, ale co mogła poradzić na to, że kuchnia znajdowała się zaraz przy wiatrołapie i wszystko niosło się po korytarzu.
– Cześć – powiedziała dziewczyna, która gdy go tylko zobaczyła, zrobiła się rozmowniejsza – Przepraszam, że znowu zawracam ci głowę, ale mam pewien problem i pomyślałam, że może mógłbyś mi pomóc.
Ciekawe, pomyślała Karina, czując coraz większe rozdrażnienie, a wyraz świadczący o tym, że nie pierwszy raz mają ze sobą styczność, wzbudził w Karinie niepokój. Z całych sił próbowała odsunąć od siebie to cholerne uczucie, które zawsze z niej wypływało, gdy w życiu Aleksandra pojawiała się jakaś kobieta. To było chore i Karina zrobiłaby wszystko, żeby móc przejść do porządku dziennego z tego typu sytuacjami, ale po prostu nie mogła. Ufała mu, ale znała też jego przeszłość i co najgorsze, że wiedziała, że Aleksander działa na kobiety jak jakiś cholerny magnes. Czy nie mógłby być dla nich chociaż trochę odpychający, pomyślała w przypływie czarnego humoru.
– Przepraszam, ale czy to nie może poczekać? Właśnie razem z dziewczyną wychodzimy z domu i jedziemy do rodziny – powiedział i Karina wyczuła w jego głosie zniecierpliwienie, które znacznie poprawiło jej nastrój. – Może będę mógł pani pomóc jutro, a jeśli to ważne, to wieczorem – dodał szybko i Karina nie mogła powstrzymać satysfakcji, kiedy Alek zwrócił się do dziewczyny per pani, tworząc między nimi dystans.
– Och nie, tylko nie pani – zaśmiała się sztucznym, perlistym śmiechem. – Chyba mnie nie pamiętasz, ale bawiliśmy się razem, gdy byliśmy dziećmi. Jestem córką sąsiadów, twoich dziadków. Jestem Paulina – dodała, prawie streszczając swoją biografię w tym wychłodzonym ganku.
– Ach tak – powiedział Alek, co jeszcze bardziej rozbawiło Karinę, bo była pewna, że Alek jej nie pamięta.
– Tak, a wracając do mojej wcześniejszej prośby, to niestety potrzebuję pomocy teraz. Nie ma nikogo w domu, a mam problem z piecem. Nie zawracałabym ci głowy, a już na pewno nie w wigilię, ale obawiam się, że mogę zamarznąć do wieczora – powiedziała i znowu pojawił się ten straszny śmiech.
Nastała chwilowa cisza i Karina niemal słyszała myśli Aleksandra, który próbuje się jakoś z tego wymigać.
– Okej, zaraz przyjdę – Karina usłyszała zamykane drzwi.
Karina natychmiast odsunęła się od kuchennych drzwi i zajęła się układaniem naczyń do odpowiednich szafek. Kiedy usłyszała Aleksandra odwróciła się do niego z uśmiechem. Za nic w świecie nie chciała dać po sobie poznać, że była zazdrosna, czy niepewna, i że podsłuchiwała tę rozmowę.
– Co tam? – zapytała niewinnie.
Alek westchnął głęboko i przeczesał dłonią włosy.
– Nie wiem. To chyba sąsiadka, ma jakieś problemy z piecem i chce żebym jej pomógł. A skąd ja mam do cholery znać się na piecach grzewczych? – widać było, że ta prośba go poirytowała. – Wczoraj na przykład, kiedy ledwo znaleźliśmy się w domu, tuż przed północą też przyszła. Rzekomo po to, żeby sprawdzić, czy to nie jacyś złodzieje i że ponoć prosili ją o to moi dziadkowie – kontynuował i Karina od razu zrozumiała, dlaczego dziewczyna nawiązała do ich wcześniejszego spotkania. – Wątpię, żeby babcia, albo dziadek prosili kogoś o pilnowanie domu, skoro wiedzieli, że będziemy tu całą przerwę świąteczną. Poza tym, jaka dziewczyna idzie sama do obcego domu, żeby sprawdzić, czy to nie złodziej? – zakończył zdumiony.
– Ale że co? Myślisz, że coś kombinuje? Powiedziała, że się znacie z dzieciństwa – Karina zaraz jak tylko wypowiedziała ostatnie zdanie, mentalnie klepnęła się w tył głowy, za to, że przyznała się do podsłuchiwania.
Aleksander chyba tego nie zanotował, albo udał, że tak jest, bo kontynuował nie zwracając na to uwagi.
– Sam nie wiem. A jeśli chodzi o znajomości z dzieciństwa, to każdy może w tej chwili do mnie podejść i powiedzieć, że nazywa się Franek i że bawiliśmy się razem w piaskownicy. Szczerze, to ja nie kojarzę żadnej Pauliny – objął Karinę w pasie i wtulił nos w zagłębienie na jej szyi. – W każdym razie, jakbym nie wracał tak do dwudziestu minut, to wezwij policję – zaśmiał się. – Kto wie, może to jakaś wariatka – mrugnął do niej i narzuciwszy na siebie kurtkę, wyszedł z domu.
Karina weszła na górę, żeby dokończyć rozpakowywanie ich rzeczy. Po dwudziestu minutach zaczęła się niepokoić, a kiedy minęło pół godziny zadzwoniła na jego komórkę, którą jak się okazało, zostawił na komódce w korytarzu. Jej niepokój powoli zmieniał się w złość, która narastała w niej z każdym SMS-em od Majki, która prosiła ich o wcześniejszy przyjazd. Żeby zająć czymś ręce i myśli zaczęła pakować prezenty do olbrzymiej torby, a potem zaniosła ją do auta, zerkając niespokojnie w stronę sąsiedniego domu. Wściekłość buzowała w niej, jak gotująca się woda. Ledwo nad sobą panowała. Przecież to była wigilia. Jakim prawem ta dziewczyna zakłóca ich spokój i rujnuje im plany w taki właśnie dzień? Karina zrozumiałaby to, gdyby tu chodziło o czyjeś życie, ale taką bzdurą, jak niedziałający piec powinien się zając fachowiec, albo ktoś z jej rodziny, a nie zupełnie obcy człowiek, który w dodatku się na tym nie zna.
Od wyjścia Aleksandra minęło już czterdzieści minut i gdy Karina postanowiła wyruszyć na jego poszukiwanie, usłyszała kłapnięcie drzwi wejściowych. W jednej chwili rzuciła się do schodów, ale zaraz się opanowała i zeszła po nich powoli i z godnością.
– Przepraszam kochanie – powiedział Aleksander, podchodząc do niej i obejmując ją w pasie. – Ten piec to jakaś katastrofa.
Karina była taka wściekła, że nie była w stanie odwzajemnić jego uścisku. Odsunęła się od niego i wyminęła go bokiem, kierując się w stronę ganku, żeby wreszcie wsiąść do samochodu i pojechać do domu.
Nie zdążyła nawet dotrzeć do końca korytarza, a ponownie rozległ się dźwięk dzwonka. Karina z furią otworzyła drzwi i niemal zaklęła pod nosem, bo przed nią stanęła ta samą dziewczyna, przez którą wpadła w ową furię.
– O, proszę to oddać Alkowi, bo zapomniał – wręczyła jej z uśmiechem pasek od jego spodni. – Do widzenia i przepraszam za kłopot – dodała i uśmiechnęła się do niej promiennie.
Karina zatrzasnęła za nią drzwi i zaczęła liczyć do dziesięciu, ponieważ w tej chwili była gotowa za nią pobiec, żeby ją udusić tym właśnie paskiem. Zanim doliczyła do czterech, stanął przy niej Aleksander i próbował po raz kolejny ją objąć.
Uchyliła się i wyciągnęła przed siebie rękę, w której trzymała jego pasek.
– Proszę, twoja koleżanka z piaskownicy pozbierała części twojej garderoby, które zapomniałeś od niej zabrać, gdy pomagałeś jej się rozgrzać – powiedziała chłodno i spokojnie.
– Co? – tylko tyle z siebie wydusił, co doprowadziło ją do jeszcze większego szału.
Jeśli do tej pory nie próbował się nawet bronić, to zapewne nie wymyślił jeszcze odpowiedniej wymówki. W głębi serca wiedziała, że między nim, a tą dziewczyną do niczego nie doszło, ale na samą myśl, że coś takiego mogłoby się wydarzyć, dostawała szału. A ten pewny siebie i chytry uśmieszek dziewczyny tylko wszystko pogorszył.
Niewiele myśląc złapała za kurtkę i wyszła z domu, zostawiając w ganku osłupiałego Aleksandra. Szybkim krokiem ruszyła przed siebie, chcąc jak najszybciej znaleźć się w swoim rodzinnym domu, gdzie będzie mogła się w końcu uspokoić. Jedynym plusem tego szału, w który wpadła było to, że nie odczuwała tak bardzo zimna, a wręcz było jej gorąco i duszno. Wzięła kilka głębszych oddechów i nasłuchując skrzypiących pod mrozem kroków, poczuła jak jej złość powoli opada. Właśnie tego potrzebowała – chwili samotności, spokoju i…
– Karina! – usłyszała za sobą.
Karina wzniosła oczy do góry i zaklęła głośno.
– Zatrzymaj się do jasnej cholery! – Alek zabrzmiał dokładnie tak, jak tego deszczowego dnia, gdy zatrzymał ruch na drodze, żeby zgarnąć ją do auta po ich pierwszej awanturze.
Szedł w jej stronę w niezasznurowanych butach i niezapiętej kurtce. Policzki miał zaczerwienione od mrozu, a z jego rozchylonych ust wydobywały się ciepłe obłoki.
– Wróć do domu. Chcę pobyć sama – powiedziała do niego przez ramię. – Nie jestem w nastroju do kłótni.
– Nigdzie nie wrócę. Zatrzymaj się – powiedział już ciszej i chwycił ją za potłuczony łokieć, na co zasyczała z bólu.
– Przepraszam – tym razem przytrzymał ją za ramiona. – Zatrzymaj się proszę. Powiedz co się stało?
– Co się stało? – prawie zapiszczała. – Znikasz prawie na godzinę, nie dając znaku życia i to tuż przed wyjazdem do mojej matki i siostry, a zaraz po tobie przyłazi ta dziewczyna i wręcza mi twój pasek od spodni. I ty się mnie pytasz co się stało?
– Ale Karina przecież ty wiedziałaś gdzie byłem i co robiłem. Ja tam nie poszedłem z przyjemnością, tylko dlatego, że nie wypadało mi odmówić – próbował się tłumaczyć.
– O przepraszam, może i wiedziałam gdzie jesteś, ale na pewno nie wiedziałam, co robisz – odszczeknęła się, czując, że znowu zaczyna się gotować w środku.
– Nie wierzę, że myślisz, że poszedłem tam po coś innego, niż naprawienie tego cholernego pieca – pokręcił z niedowierzaniem głową.
Karina wyrwała się z jego uścisku i odsunęła się od niego na kilka kroków. Właśnie traciła odzyskane na krótki moment panowanie nad sobą.
– A co miałam pomyśleć, kiedy twoja przyjaciółka z dawnych lat wręczyła mi twój pasek? – na samą myśl o niej dostawała białej gorączki i jakby tego wszystkiego było mało, czuła potrzebę dolania oliwy do ognia. – A znając twoją przeszłość, nie wiem co mam myśleć, kiedy znikasz prawie na godzinę z obcą kobietą.
Aleksander wpatrywał się w nią z niedowierzaniem i bólem w oczach. Na tym etapie ich związku wiedziała już, że gdy go zrani w jakikolwiek sposób, to zrani też siebie. Tak było i w tym przypadku. Wyraz jego twarzy był dla niej jak kopniak w brzuch.
– Świetnie Karina. Właśnie się dowiedziałem, że dla ciebie już do końca życia pozostanę męską dziwką i nic co zrobię, albo powiem nie zmieni tego, jak będziesz o mnie myśleć – powiedział już wyraźnie podminowany.
– Ciekawa jestem, gdyby to była odwrotna sytuacja, co ty byś zrobił? Zapewne tak mi ufasz, że pewnie dałbyś błogosławieństwo mi i temu kolesiowi, który poprosiłby mnie o pomoc. Co byś powiedział, jakbym zniknęłabym w jego domu na godzinę, a potem ten sam koleś przyniósłby mi, na przykład, stanik, który zostawiłam u niego w pokoju – powiedziała i odwróciła się na pięcie, żeby znaleźć się jak najszybciej w domu.
Wiedziała, że jej analogiczny przykład w ogóle nie był analogiczny i zabrzmiał idiotycznie, ale Karina była już jedną nogą za granicą, oddzielającą jej rozsądek od histerii.
– Zatrzymaj się! Nie odchodź, kiedy jeszcze nie skończyliśmy! – dogonił ją i ponownie zatrzymał za ramiona.
– Alek przestań mną szarpać, bo to doprowadza mnie do szału! – wyswobodziła się z jego uścisku.
– Nie możesz uciekać za każdym razem, gdy pojawia się jakiś problem, albo nieporozumienie. Czemu nie chcesz ze mną normalnie porozmawiać? – zapytał, jakby ich kłótnia dotyczyła na przykład różnic w doborze koloru ścian.
– No dobrze, ale co chcesz, żebym ci powiedziała? Staram się Alek, naprawdę się staram, ale za chwilę dzieje się coś, co sprawia, że łapię się na tym, że ci nie ufam. Może to mój problem, a może dajesz mi powód do tego, ale… – nie dokończyła, bo nie wiedziała jak wyrazić słowami to, że obawiała się, że to nigdy się nie zmieni.
– Jakie ja ci daję powody do tego, żeby mi nie ufać? – zapytał ściszonym głosem. – No, jakie? – powtórzył głośniej.
– No właśnie, Alek. Przez ostatnie miesiące spędziłeś praktycznie jak w więzieniu, odcięty od innych. Tylko wyszliśmy na imprezę, oblepiły cię jakieś dziewczyny. Teraz, ledwie przyjechaliśmy do domu, a dosłownie wsiadła na ciebie kolejna – powiedziała a w jej sercu zaczęło coś pękać. – Ja nie wiem czy…– nie dokończyła, bo sama nie chciała usłyszeć tego, co miała na języku.
Alek spuścił ręce wzdłuż tułowia i zaczął szybko oddychać, co wzmogło jej czujność, bo zaczynało to przypominać jego atak paniki, którego nie doświadczył już od kilku miesięcy.
– I nie ma to dla ciebie żadnego znaczenia, że…– jego oddech zaczął się rwać, co podkreślały niewielkie obłoczki wydobywające się z jego ust –…że ja chcę tylko ciebie i tylko ciebie kocham? Czy to się…dla ciebie w ogóle nie liczy?
Nagle jej złość i frustracja zaczynały odpływać, robiąc miejsce dla strachu i troski. Stał tu na zimnie, drżący, zmarznięty i na granicy paniki, ponieważ ona musiała dać upust swojej zazdrości, której nie potrafiła poskromić. Zrobiła kilka kroków w przód, żeby go objąć, ale on ku jej olbrzymiemu zaskoczeniu, odsunął się na taką samą odległość. Nic, nigdy nie sprawiło jej większej przykrości, niż tej jeden niewielki gest.
– Nie Karina…– powiedział stanowczo, wciąż ciężko i szybko dysząc – Nie lituj się nade mną, tylko powiedz, czy ja…czy to, że cię kocham bardziej, niż cokolwiek innego na świecie, nic dla ciebie nie znaczy? Powiedz, czy jesteś gotowa zadręczać siebie zazdrością i tego typu bzdurami, kiedy wiesz, że…że ja wolałbym zdechnąć tu i teraz, niż narazić nas, ciebie i wszystko, co mamy dla…czegoś tak mało znaczącego? Powiedz…czy właśnie…tego chcesz?
Alek złapał się za pierś i zgniótł w tym miejscu kurtkę. Karina nie mogła dłużej na to patrzeć i niezależnie od tego, czy Alek tego chciał, czy nie, przylgnęła do niego z całych sił i zaczęła uspokajająco gładzić go po włosach. Alek przez chwile stał nieruchomo, po czym odwzajemnił uścisk tak mocno, że przez chwilę bała się, że połamie jej żebra.
– Nie chcę tego. Ty się dla mnie liczysz Alek, tylko ty się dla mnie liczysz…tylko ty – szeptała mu do ucha, wtulając się w jego pierś. – Przepraszam – powiedziała szlochając w jego kurtkę.
– Karina, błagam cię nie rób tego więcej. Nie próbuj się ode mnie odsuwać, bo ja nigdy…nigdy ci na to nie pozwolę – jego oddech uspokajał się, a wraz z nim ona cała. – Jestem tu. Zawsze tak będzie, nie musisz się bać, że ktoś stanie między nami, bo nikt taki nie istnieje.
– Nie wiesz tego, Alek – powiedziała wreszcie, odkrywając przed nim wszystkie swoje lęki. – Skąd możesz wiedzieć, że nikt się taki nie pojawi.
Karina zawsze wierzyła, że jeden człowiek może znaleźć szczęście przy więcej niż jednej osobie. Była pewna, że można pokochać kogoś innego równie mocno i równie szczerze, jak swoją pierwszą miłość. Karina wciąż w to wierzyła, mimo, że sama nie potrafiła już sobie wyobrazić  kogoś, kto mógłby ją uszczęśliwić, gdyby Alek z jakiegoś powodu od niej odszedł. Była wręcz przekonana, że taka osoba nie istniała…Dlaczego więc tak trudno było jej uwierzyć, że Alek czuje podobnie? Może dlatego, że uważała mężczyzn za mniej odpornych na pokusy, niż kobiety? Może dlatego, że Łukasz ją zawiódł? A może dlatego, że jej własny ojciec, którego ledwie pamiętała, z lekkim sercem odszedł od jej matki, odszedł od niej i od Mai, nie odwracając się za siebie? Zapomniał o nich. Zostawił je, podczas gdy ona nie mogła na dobre wyrzucić go ze swojej głowy. Nie mogła wyzbyć się tej tęsknoty, którą czuła za każdym razem, gdy przechodziła obok placu zabaw i wręcz siłą opanowywała odruch wsiadania na każdą napotkaną huśtawkę. Jedyne wyraźne wspomnienie o nim, to takie, gdy buja ją wysoko na metalowej huśtawce, a wiatr rozwiewa jej włosy. W jej uszach dźwięczy jego ciepły śmiech, który ją uszczęśliwia i sprawia, że czuje się bezpieczna. Pamiętała jeszcze, jak trzyma ją za rękę i pozwala wchodzić w największe kupki liści, które szeleszczą pod jej małymi, żółtymi kaloszami. To były najwyraźniejsze wspomnienia o jej ojcu.
Karina bardzo chciała go nienawidzić za to, co im zrobił, ale jak można nienawidzić ducha? Tym właśnie dla niej był – duchem, który nawiedzał ją z przeszłości. Nawet nie pamiętała, jak wyglądał. Nie wiedziała czy był wysoki, czy niski, czy to po nim odziedziczyła kolor oczu i włosów. Czy to przez jego geny była obsypana piegami?
To przez niego nie mogła w pełni zaufać Alkowi, to przez niego czuła się taka niepewna i to przez niego jej związek przeżywał takie rozterki, a ona nawet nie mogła nim za to gardzić.
– Wiem Karina. To jedna z niewielu rzeczy, których jestem pewien – podniósł jej twarz i cmoknął w czoło, a potem w nos i oba policzki. – Zaufaj mi, po prostu mi zaufaj – gładził ją po włosach, a w jego głosie słychać było determinację.
– Jest mi trudno zaufać jakiemukolwiek mężczyźnie, bo jak dotąd…nie spotkałam takiego, który by mnie nie zawiódł – powiedziała, podnosząc wysoko głowę.
Chciała, żeby ją zobaczył i zrozumiał. Nie była jedną z tych kobiet, które z byle powodu robiły piekło swoim facetom. Ona po prostu się bała.
– Ja ciebie nie zawiodę. Nigdy cię nie zostawię – przytulił ją mocno i zadrżał z zimna, co szybko sprowadziło ją na ziemię.
– Wracajmy, bo się rozchorujesz – powiedziała, wyswobadzając się z jego ramion.
Zapięła zamek jego kurtki. Złapała go za rękę i prowadziła w stronę domu, z którego jeszcze kilka chwil wcześniej chciała jak najszybciej się wydostać.


*
Kolacja wigilijna była miła i przyjemna, pomimo tej ich popołudniowej kłótni. Oboje z Kariną próbowali odsunąć od siebie ten incydent, żeby nie zaważył na całym wieczorze, ale mimo wszystko wisiał nad nimi jak chmura deszczowa nad główną postacią w kreskówce.
Kiedy po kolacji wymienili się prezentami, Aleksander połączył się na Skypie z rodziną w Kanadzie. Rozmowa nie trwała długo, ale Alek ucieszył się na widok Anki i Jamesa. Ucieszył się także na widok rodziców i dziadków, których po raz milionowy musiał zapewniać, że wszystko u niego w porządku i że nie jest sam. Musiał to nawet udowodnić, wołając Karinę, która pomachała im z zza jego pleców.
Gdy znaleźli się na powrót w domu dziadków, na co w skrytości ducha bardzo czekał, przyciągnął do siebie Karinę i posadził ją sobie na kolana.
– Musimy porozmawiać – powiedział przy jej szyi. – Nie chcę tak tego zostawiać.
Karina westchnęła głęboko, zsunęła się z jego kolan i usiadła naprzeciwko niego, krzyżując nogi.
– Okej, tylko nie wiem, co można jeszcze powiedzieć – westchnęła zmęczona. – Wygląda na to, że jak tylko zobaczę cię z jakąś kobietą, będę się zachowywała jak wariatka – dodała ironicznie.
– Przestań – uciął to jej biadolenie. – Ja wiem – powiedział.  Karina spojrzała na niego, podnosząc wysoko brwi. – Ja wiem, Karina.
– Co wiesz? – zapytała zdezorientowana.
– Ja wiem, że to nie chodzi o zazdrość. No, może nie tylko o zazdrość – uśmiechnął się delikatnie, żeby wiedziała, że nie muszą być tak strasznie poważni. – Wiem, że tu chodzi o twojego ojca.
Karina otworzyła szeroko usta. Wyglądała na tak zaskoczoną jego słowami, że nie potrafiła nic z siebie wydusić.
– Skąd wiesz? – zapytała po chwili, spuszczając głowę.
Alek uśmiechnął się. Zaczesał jej włosy, zakładając gęste pasmo za ucho.
– Przecież zdążyłem cię już poznać, Karuś. Wydaje ci się, że ja nic nie widzę i nie słyszę, bo jestem facetem. Tak nie jest – wziął jej twarz w obie dłonie. – Patrzę na ciebie i widzę cię, tak jak i ty widzisz mnie.
– I co widzisz? – zapytała.
– Widzę, że się boisz, że odejdę. Że zniknę, tak jak twój ojciec. Boisz się zostać zraniona, czego nigdy nie przyznasz na głos, bo jesteś niezależna i silna – musnął jej usta, co przyjęła z westchnieniem. – Ale nie musisz się już bać. Ja tu jestem i zostanę. Nie jestem nim i nigdy cię nie zostawię.
Karina spuściła nisko głowę i zaczęła skubać rąbek jego koszulki. Milczała tak długo, że Aleksander zaniepokoił się. Chwycił jej podbródek i podniósł jej twarz, żeby spojrzeć w jej oczy.
– Wiem, że tego nie chcesz – powiedziała cicho. – Ale nie wiesz, co przyniesie przyszłość. Nie możesz zagwarantować mi tego, że…zawsze przy mnie będziesz.
– Nie jestem w stanie przewidzieć przyszłości, Karina. To normalne, ale jeśli będziesz myślała w ten sposób, to nigdy nie będziesz tak naprawdę szczęśliwa – powiedział, gładząc dłonią jej delikatny policzek.
Karina wciąż wyglądała na niepewną i zmartwioną, na co pękało mu serce. Jej szczęście było najważniejszym celem w jego życiu i widząc ją w takim stanie, czuł, że ją zawodzi.
– Może… – zaczęła niepewnie  – Może to, że jesteśmy razem…może tu chodzi o to, że… – zaczęła się plątać, coraz bardziej zdenerwowana i zagubiona.
– Kochanie, o co chodzi? Powiedz mi – poprosił, coraz bardziej zaniepokojony jej zachowaniem.
Karina wzięła duży wdech i popatrzyła mu prosto w oczy, podejmując w końcu decyzję.
– Może to, że się w sobie zakochaliśmy, to po prostu skutek zależności – tym razem zabrzmiała o wiele pewniej, ale to, co próbowała mu powiedzieć, było dla niego wciąż niezrozumiałe.
– Nie rozumiem – zmarszczył czoło.
– Może to nie miłość, tylko zależność. Może ty potrzebowałeś mnie, bo wiedziałeś, że tylko ja mogę cię uratować – jej usta zadrżały, ale szybko się opanowała. – Może to minie, kiedy nie będziesz mnie już potrzebował – dodała, próbując powstrzymać szloch.
Alek z zaskoczenia nie mógł wydusić z siebie słowa. Był zdumiony jak działa jej umysł. Nigdy, nawet za milion lat on sam nie wpadłby na podobne niedorzeczności.
– Nawet nie wiem, jak mam odpowiedzieć na coś takiego – pokręcił z niedowierzaniem głową. – Myślisz, że to, co do ciebie czuje, to nie miłość, tylko wdzięczność? – dodał, czując coraz większe zdenerwowanie.
– Nie uważasz, że to dziwne? – zapytała znowu, ignorując sarkazm w jego pytaniu. – Jak to się stało, że właśnie ja okazałam się twoim idealnym dawcą, chociaż wydawało się, że nikt taki nie istnieje? – zapytała dziwnie podniecona. – Jak to wytłumaczyć?
Aleksander milczał przez chwilę. Miał gdzieś, dlaczego właśnie tak ułożyły się ich losy. Może istniało przeznaczenie, a może to kolejny niewiarygodnie szczęśliwy zbieg okoliczności? Nie chciał tracić czasu na roztrząsanie tego typu spraw. Chciał natomiast dowiedzieć się, dlaczego nagle Karina zaczęła odczuwać potrzebę rozkładania tego wszystkiego na czynniki pierwsze.
– Karina, powiedz mi, czy masz co do nas wątpliwości? – zapytał po chwili, biorąc jej twarz w dłonie, żeby spojrzeć jej w oczy. – Czy coś się zmieniło? Nie wiem, może przytłoczyło cię to… – zawahał się, bo zaczynał popadać w panikę na samą myśl, że Karina mogłaby przestać go kochać. – Jeśli chcesz coś zmienić, powiedz mi tylko. Nie chcę, żebyś była nieszczęśliwa.
Jego serce niemal wyskoczyło z klatki piersiowej, w oczekiwaniu na jej odpowiedź. Nie chciał przyjąć do siebie tego, że coś mogłoby się między nimi zmienić. Uwielbiał z nią mieszkać, budzić się przy niej, razem z nią jeść śniadania i kolacje. Nie mógł sobie wyobrazić spędzenia samotnie nawet jednej nocy. Nie móc jej przytulić i nie móc się z nią kochać? Czegoś podobnego nie mógł sobie nawet wyobrazić.
Karina uśmiechnęła się delikatnie i cmoknęła go w czoło, a potem w nos i usta, co przyjął jako dobry znak.
–  Kocham cię Alek. Kocham cię bardziej, niż cokolwiek innego na świecie – znowu się uśmiechnęła. – Chociaż na początku rzeczywiście byłam tym wszystkim…– popatrzyła na sufit, szukając odpowiedniego słowa – obezwładniona i nie wiedziałam, jak sobie poradzić z takim ekspresowym tempem tego, co się miedzy nami działo. Ale teraz nie wyobrażam sobie dnia, żebym nie mogła cię zobaczyć, porozmawiać z tobą, albo chociaż się do ciebie przytulić – na potwierdzenie tego, przylgnęła do niego, opierając głowę o jego ramię. – I odpowiadając na twoje pytanie: nie. Niczego nie chcę zmienić. Wszystko jest idealne i gdybym tylko potrafiła zapanować nad moją zazdrością…– parsknęła w jego pierś – Wszystko byłoby przeidealne. Tylko nie daje mi spokoju myśl, że to wszystko to jakiś kosmiczny plan, którego nie potrafię rozgryźć.
Aleksander najpierw wypuścił głośno powietrze, które wstrzymywał od dobrych kilku chwil, po czym uśmiechnął się.


– Może tak właśnie powinno być, Karina. Może nie powinniśmy tego rozumieć – zaczął gładzić ją po plecach – Przestań się nad tym zastanawiać, bo to do niczego nie doprowadzi. Sprawia jedynie, że czujesz się niepewnie i niepotrzebnie się przez to denerwujesz  – po chwili dodał – Nie mogę ci obiecać, że od teraz życie będzie idealne, i że nigdy nie będziemy się kłócić i że nie dojdzie do żadnych scen zazdrości – uśmiechnął się szeroko – Zarówno z twojej, jak i z mojej strony, ale mogę ci obiecać jedno: nigdy nie przestanę cię kochać i nie odejdę od ciebie, bo tylko przy tobie wiem, że żyję i tylko przy tobie mogę być szczęśliwy. 

2 komentarze:

  1. Świetna historia! Czuć te wmocje :)

    Wypatrzyłam "przez ze mnie" w zdaniu
    "Jezu, ale miał przez ze mnie wczoraj problemów". Zgubiło się kilka słów w tym zdaniu: "Nastała chwilowa cisza i Karina niemal myśli Aleksandra, który próbował się jakoś z tego wymigać."

    OdpowiedzUsuń