sobota, 12 maja 2018

WE KRWI rozdział 2



Zbiegłam ze schodów i nie zatrzymałam się aż nie dotarłam do przystanku autobusowego. Usiadłam na ławce, oparłam się o szklany baner z reklamą biżuterii i wypuściłam głośno powietrze z płuc. Godzinę temu usłyszałam wściekłe walenie do drzwi, a potem jakąś awanturę na korytarzu. Wychyliłam się z pokoju Daniela, żeby zobaczyć, co się dzieje. Na kilka sekund zastygłam w bezruchu, zastanawiając się, czy ten widok to nie rausz spowodowany oparami alkoholowymi unoszącymi się w powietrzu. Ale to był naprawdę Adrian. 

Nie mogłabym go pomylić z nikim innym. Nic się nie zmienił. Wysoki, z szerokimi ramionami, rozwianymi włosami i wyrazem ciągłego rozbawienia w oczach. I z tymi ustami wiecznie rozciągniętymi w ironicznym uśmiechu. Westchnęłam z frustracji, przypominając sobie ich smak i sposób w jaki mnie całował. Delikatnie, z czułością, a jednocześnie obiecując, że to tylko początek.
Nadjechał mój autobus. Pokręciłam głową i wskoczyłam do pojazdu. Usiadłam na jedynym wolnym miejscu i zamknęłam oczy. Jak to możliwe, że w tak dużym mieście wpadłam akurat na niego? Jakie było prawdopodobieństwo, że będzie sąsiadem mojego kuzyna? Prawie żadne.
To nic, powiedziałam sobie, odrzucając do tyłu grzywkę, którą powinnam już dawno przyciąć, ale nigdy nie miałam na to czasu. Obserwowałam mknący krajobraz za oknem i zastanawiałam się, czy jeszcze go zobaczę. Czy tego chciałam? Z estetycznych powodów, czemu nie. Kto by nie chciał patrzeć na „ładnego” kolesia. Ale ze wszystkich pozostałych wolałam go już nigdy więcej nie oglądać. Ten facet mógłby mnie totalnie omotać, gdybym nie była wystarczająco czujna. Był zbyt przystojny i zbyt zabawny, żeby można mu było ufać. Miał też czelność mieć kilka piegów na nosie, co było moja olbrzymią słabością. Potrafił też być romantyczny i wiedział, co powiedzieć, żeby doprowadzić kobietę do wrzenia.
W mojej głowie natychmiast pojawiły się wspomnienia po tamtej bijatyce w pubie, kiedy Adrian rzucił się na kolesia, który poprosił mnie do tańca. Całe zajście lekko mnie wystraszyło, a zachowanie Adriana wprawiło w osłupienie. Ledwie się znaliśmy, a on zachowywał się jak zaborczy mąż. To była nasza druga randka, a w zasadzie wymuszone spotkanie, ale jemu chyba wydawało się, że jesteśmy razem. To nie był dobry znak. Poczułam się wtedy przytłoczona i osaczona.
Poznaliśmy się na domówce koleżanki mojej kuzynki, u której spędzałam kilka letnich tygodni. Ostatni rok był dla mnie dość ciężki. Chciałam chwilę odetchnąć od Wrocławia i wyleczyć się z mojego byłego, a w zasadzie z nienawiści do niego. I wtedy pojawił się Adrian. Seksowny, zabawny. Z włosami rozjaśnionymi przez słońce i ustami, które bez przerwy się śmiały.
Nie mogę powiedzieć, że nie pochlebiało mi jego zaangażowanie, ale nie pojmowałam, dlaczego był taki zdeterminowany, żeby się ze mną spotykać. Przecież dobrze widział, że nie byłam zachwycona jego natarczywością. I wtedy mnie olśniło. Im więcej się opierałam, tym bardziej naciskał, co oznaczało, że był jednym z tych kolesi, którzy na sygnał „wyzwanie” dostają wzwodu i nie potrafią się poddać, aż nie osiągną celu. Musiał mnie źle zrozumieć, a mój opór wziął za pokrętną kokieterię. Adrian chciał mnie po prostu zaliczyć, a po wszystkim zadecydować, czy było warto.
Poznałam wielu takich facetów i nie miałam ochoty na kolejnego, choćby wyglądał jak model z okładki Men’s Health.
Jego każde kolejne posunięcie bardziej mnie w tym odkryciu utwierdzało, dlatego musiałam zrobić coś, co pomogłoby mi go na dobre spławić. Powiedziałam mu, że nie wyobrażam sobie bycia z kimś takim, jak on, co było prawdą, ale mogłam użyć mniej dosadnych słów. W tamtym jednak momencie byłam już zmęczona ciągły odparowywaniem jego ataków i nie chciałam bawić się w subtelności.
Oczywiście było jeszcze jedno rozwiązanie. Mogłam mu ulec. Mogłam się z nim przespać i w ten sposób się go pozbyć. Tylko powstawało bardzo ważne pytanie. Czy nie miałam w życiu ważniejszych priorytetów i większych ambicji, niż robienie dobrze nagrzanemu studenciakowi? Bardzo długo nie mogłam ułożyć sobie życia, a gdy już myślałam, że wskoczyłam na właściwe tory, zawsze pojawiał się jakiś facet i wszystko niszczył.
Zupełnie tak jak Robert.
Był ode mnie starszy o dziesięć lat i wydawał się ucieleśnieniem moich marzeń. Spokojny, łagodny, inteligentny i myślący na poważnie o życiu. Byliśmy ze sobą prawie rok. Aż dowiedziałam się, że ta szumowina prowadzi podwójne życie i ma rodzinę w sąsiednim mieście. Własną rodzinę! Żonę i dwójkę maleńkich dzieci. Ja byłam dla niego tylko odskocznią od domowej sielanki, którą zaczynał się nudzić. Nie mogłam jednak pozwolić, żeby uszło mu to na sucho, chociaż błagał mnie na kolanach, żebym zachowała milczenie. Zaśmiałam mu się w twarz i zagroziłam, że jeśli nie zejdzie mi z oczu, to go zabiję. Chwyciłam wtedy w dłoń klucz do zmiany kół i moja groźba wyglądała na bardzo poważną. Do tej pory parskam na wspomnienie jego przerażonej miny. Wtedy jednak nie było mi do śmiechu. Wtedy znienawidziłam go tak, jak tylko można znienawidzić osobę, którą się kocha.
Wygrażanie nie było jednak adekwatną karą dla tej gnidy, dlatego wybrałam się osobiście do tej mieściny, w której urządził sobie bazę wypadową i porozmawiałam z jego żoną. Zasługiwała na to, żeby wiedzieć, z jakim gównem mieszkała pod jednym dachem. Wiem, że w tym momencie są w separacji.
Przynajmniej tyle dobrego.
Zawsze byłam czyjąś zabawką, dlatego postanowiłam, że już nigdy nie pozwolę się nikomu wykorzystać, a już tym bardziej facetowi pokroju Adriana, dla którego życie było jedną wielką zabawą.
Kiedy ja musiałam walczyć o byt i godność, Adrian musiał po prostu być i rozsiewać wokół siebie swój czar. Tacy jak on o nic w życiu nie musieli się martwić. Wszystko im się należało z uwagi na ich wygląd. Nie ma bardziej uprzywilejowanego człowieka w społeczeństwie, niż przystojny facet. Taki nie musi się martwić o zaliczenia w szkole, nie musi martwić się o dobrą pracę. A już na pewno nie musi się martwić o gorącą dziewczynę na noc. I na tym polegał jego problem. Adrian był podświadomie przekonany, że nie istnieje kobieta, która mogłaby mu się oprzeć. Kiedy tak się stało, poczuł wewnętrzny dysonans, który musiał pokonać, przekonując mnie do siebie.
Dlaczego miałabym powiększać jego bąbelek próżności, skoro wiedziałam, że nasze drogi szybko się rozejdą? Domyślałam się, że seks z Adrianem byłby naprawdę dobry, a wiem to po tej chemii, która pojawiła się między nami już przy pierwszym spojrzeniu. Nie miałam nic przeciwko uprawianiu seksu dla samej przyjemności, bez uczuć i zobowiązań. Czułam jednak, że w moim przypadku nie skończyłoby się na samej fizycznej przyjemności. Trudno było mi się do tego przyznać, ale brakowało mi czułości i stabilności w życiu. Bardzo szybko bym się do niego przywiązała i chciałam sobie tego zaoszczędzić. Wiem, że nawet najlepszy na świecie seks nie sprawi, że moje życie stanie się od tego łatwiejsze. A Adrian? Adrian wyprostuje się, otrzepie i pójdzie dalej przekonany, że w pełni zasłużył na to, co dostał. Nie chciałam przykładać do tego ręki.
Wysiadłam na moim przystanku z postanowieniem, że ten incydent u Daniela wyprę z pamięci. Nie pozwolę kolejnemu facetowi namieszać sobie w życiu, choćby nie wiem co. Musiałam tylko unikać lokum Daniela. To był okropny pech, że wczoraj zostałam zmuszona do przenocowania w norze, którą wynajmował z tymi przygłupami. Lubiłam ich, ale nie zmieniało to faktu, że byli przygłupami. Kiedy wczoraj kuzyn zadzwonił do mnie z zaproszeniem na domówkę, nie sądziłam, że utknę tam do rana. Chciałam na moment się wyluzować, może nawet wypić wcześnie jedno piwo, chociaż picie alkoholu nie było dla mnie nieodzownym elementem dobrej zabawy. Około północy zaczęłam zbierać się do domu, ale okazało się, że moje auto odmówiło posłuszeństwa. Padł alternator w akumulatorze i chcąc nie chcąc, utknęłam u Daniela. O taksówce przy zabójczych nocnych taryfach wolałam nawet nie myśleć.
Dotarłam właśnie do mojego przystanku. Wyskoczyłam z autobusu i spacerem ruszyłam do mojego mieszkania nad garażem. Robiło się już chłodniej, owionął mnie zimny podmuch, na co objęłam się ramionami i przyspieszyłam kroku. Kilka minut później byłam już na tyłam dwupiętrowego domu o szarej fasadzie. Do mojego lokum wiodły strome metalowe schody bez poręczy. Taki konstrukcyjne rozwiązanie był bardzo dobra metoda na życie w trzeźwości. Powrót do domu pod wpływem zbyt dużych ilości alkoholu mógłby się dla mnie skończyć tragicznie. Dom należał do wujka Andrzeja, ojca Daniela. Wujek chciał, żebym czuła się swobodnie i mogła prowadzić samodzielne życie i – co najważniejsze – abym miała trochę prywatności i spokoju od jego trzech pokręconych synów. Trzy lata temu wpadł na pomysł, że stworzy mi nad garażem własne mieszkanie i ten zamysł zrealizował. Chyba nigdy mu się za to nie odwdzięczę. To był naprawdę niewielki kąt, ale czułam się tu, jak w najekskluzywniejszym apartamencie. Całe mieszkanie składało się z kuchni połączonej z jadalnią, małej łazienki, w której większą część zajmowała kabina prysznicowa i ośmiometrowego pokoju, który służył mi, jako sypialnia.
Wujek Andrzej był starszym bratem mojej matki. Matki, która wypisała się z funkcji rodzica, gdy miałam dziesięć lat. Pewnego pięknego słonecznego dnia wyjechała za granicę z jakimś młodszym od siebie kolesiem i już nie wróciła. Ojca znałam, ale wolałam się do niego nie przyznawać. Grzał stołek w osiedlowej knajpie na drugim końcu miasta, przetaczając każdego dnia przez swoje żyły hektolitry taniego wina. Nie, nie był to tato, którego chciałabym przedstawić znajomym.
Gdyby nie wujek Andrzej i ciocia Marysia, skończyłabym w domu dziecka, a potem…potem nie wiem, co by się ze mną działo. To oni przygarnęli mnie, gdy okazało się, że moja matka nie zamierza wracać. Mieli trzech synów: Sebastiana, Grześka i Daniela. Nie miałam rodzeństwa, ale tych trzech ogrów wypełniło tę lukę aż nadto.
Gdy tylko skończyłam czternaście lat postanowiłam, że tak jak mój wujek, zostanę mechanikiem samochodowym, a w zasadzie mechaniczką, bo tak wtedy kazałam na siebie mówić. Godzinami przesiadywałam z nim w warsztacie, a on pojąwszy, że żaden z jego synów nie przejmie po nim schedy, poświęcał mi każdą wolną chwilę, żeby nauczyć mnie wszystkiego, co wiedział o silnikach. Zaczynałam od wymiany olejów i małych napraw. Gdy skończyłam siedemnaście lat potrafiłam już sama rozłożyć silnik na części i ponownie go złożyć.
Uwielbiałam to. Nie byłam do końca pewna, czy moja fascynacja smarami i olejami była wynikiem posiadania naturalnego genu motoryzacyjnego świra, czy może wynikało z tego, że przesiadywanie w warsztacie wujka dawało mi poczucie bezpieczeństwa, a tego brakowało mi w życiu najbardziej. Na pewno chodziło o obie te sprawy.
Weszłam do swojego małego mieszkania i nagle owładnęło mną okropne zmęczenie. Zaczęły mi się kleić oczy i rozbolała mnie głowa. Zeszłej nocy usnęłam dopiero po trzeciej, gdy ostatnie imprezowe niedobitki zniknęły za drzwiami mieszkania. Daniel chciał mi odstąpić swoje łóżko, ale wolałam położyć się na dmuchanym materacu. Nie ufałam jego zapewnieniom, że pościel była świeżo wyprana. Nawet jeśli tak było w istocie, to jego łóżko – zwane przez niektórych dworcową ławką – mogło już na dobre nasiąknąć niefajnymi rzeczami z jego jednorazowych przygód. Wolałam nie ryzykować.
Zapragnęłam rzucić się na wyrko i spać do rana, ale nie mogłam zostawić mojego auta na parkingu pod blokiem Daniela. Musiałam poprosić wujka Andrzeja, albo któregoś z chłopaków, żeby podrzucili mnie na osiedle, gdzie z utęsknieniem czekał na mnie mój ford. Całe szczęście, że do warsztatu dotarł już akumulator, który zamówiłam dla mojego klienta. Pan Franek, jako jeden z nielicznych facetów nie bał się powierzyć mi własnego auta i kochałam go za to. Na początku mojej pracy w warsztacie zdecydowana większość właścicieli fiutów stanowczo sprzeciwiało się temu, żeby „baba” dotykała ich czterech kółek. Wtedy doprowadzało mnie to do szału, ale teraz w ogóle się tym nie przejmowałam. Zdobyłam własnych klientów, wśród których było tyle samo kobiet, co mężczyzn. Oczywiście od czasu do czasu trafiał mi się frajer, który uważał, że w warsztacie powinnam co najwyżej siedzieć za kontuarem w recepcji i ładnie się uśmiechać, ale wtedy przejmował go wujek. Przy trzech synach, w tym dwóch studiujących, nie mógł sobie pozwolić na odsyłanie każdego seksisty, który stawał u bram jego warsztatu…nawet jeśli bardzo tego chciał.
Zrzuciłam z siebie ubrania i postanowiłam wziąć szybki prysznic. Musiałam się obudzić i odświeżyć. Zanim jednak weszłam do kabiny, wysłałam SMS-a do mojego dobrego kumpla z prośbą o pomoc. I tak mieliśmy się dziś spotkać, więc równie dobrze mogliśmy to zrobić teraz. Odpowiedź przyszła niemal natychmiast. Kamil obiecał po mnie wpaść za pół godziny. Na niego zawsze mogłam liczyć.
Miałam jeszcze dość czasu, żeby wysuszyć włosy i zrobić delikatny makijaż. Wygrzebałam z szafy dżinsy i ciepły, wełniany golf. Październik w tym roku był wyjątkowo chłodny. Cały rok pracowałam w blaszanym warsztacie i gdy kończyło się lato, rozpoczynał się dla mnie sezon permanentnego marznięcia.
Gdy usłyszałam sygnał telefonu, chwyciłam moją wiatrówkę, torebkę i wybiegłam na zewnątrz.
Kamil czekał na mnie przed główną bramą, zza której wystawało kilka imponujących tuj.
– Hej, piękna – wyskoczył z auta i cmoknął mnie w policzek.
Pomógł mi zapakować akumulator do bagażnika i włączyliśmy się do ruchu.
Kamila poznałam, gdy pewnego razu podjechał pod warsztat swoim czarnym sportowym mustangiem GT z silnikiem 5.0, w którym nawalało sprzęgło. Na widok auta zaniemówiłam z wrażenia i po raz pierwszy w życiu bałam się przyznać, że to ja jestem mechanikiem. Bałam się, ponieważ chciałam położyć łapy na tym cacku, a nie wiedziałam, czy właściciel – mimo że z daleka wydawał się być młody – nie okaże się seksistą i nie zabroni mi zbliżać się do tego cuda. Z głośników Mustanga popłynęło The Kill 30 Second to Mars. Silnik zawarczał jak wściekłe zwierzę, dodając tysiąc punktów do mojego podniecenia. Pomyślałam sobie wtedy, że nieważne, kto będzie siedział za kółkiem auta, oświadczę się mu. A gdy zobaczyłam wyłaniającego się z samochodu młodego, ostrzyżonego na jeża kolesia z wytatuowanymi przedramionami, zaczęłam się w popłochu rozglądać za jakąś nakrętkę, która mogłaby robić za tymczasową obrączkę. Zamierzałam siłą wcisnąć mu ją na palec i przypieczętować to przysięgą wierności i uczciwości małżeńskiej.
Po kilku minutach rozmowy podczas której doznawałam uderzeń gorąca z emocji, doszłam z nim do natychmiastowego porozumienia. Gdy Kamil dowiedziałam się, że to ja zajmę się jego autem, uśmiechnął się swoim seksownym uśmiechem i powiedział: spoko, moja czarna księżniczka potrzebuje delikatnego dotyku. Czy można mnie było wtedy winić za to, że zapomniałam języka w gębie? Na całe trzy minuty straciłam mowę i musiałam wyjść na zewnątrz, żeby zaczerpnąć tchu.
Tak właśnie wyglądało moje pierwsze spotkanie z Kamilem, który po trzech latach znajomości cały czas mi to wypomina i niekiedy pyta, czy wciąż jestem w nim sekretnie zakochana. Kumpel mógł sobie pozwalać na tego typu żarty, bo oboje dobrze wiedzieliśmy, że między nami do niczego nigdy nie dojdzie. Z bardzo prostej przyczyny: Kamil jest gejem. Nie tym stereotypowym, lekko zmanierowanym i przyjacielskim. Wręcz przeciwnie, jest nieprzystępny, bezczelny i pewny siebie. Jedyne co go łączy z medialnym obrazem geja, to fakt, że jest tancerzem. Zajebistym tancerzem, powiedziałbym. Uwielbiałam chodzić z nim do klubów i zapominać się w tańcu do białego rana. Jego obecność zawsze gwarantowała mi święty spokój. Nikt mnie nie zaczepiał i nie prosił do tańca. Po prostu dobrze się bawiłam.
Kamil od czasu do czasu miewał facetów, ale z nikim nie wiązał się na stałe. W tym temacie dobraliśmy się idealnie z tą różnicą, że ja już zaczynałam wątpić, że komukolwiek będę w stanie zaufać. Byłam zniechęcona, zawiedziona i rozczarowana. Poza tym lubiłam być sama i póki co, nie czułam potrzeby zmiany tego stanu.
– Do Daniela? – upewnił się Kamil, gdy stanęliśmy na skrzyżowaniu.
– Tak. Spędziłam tam noc – westchnęłam z rezygnacją.
– Widać – uśmiechnął się i ruszył z kopyta.
Chwilę jechaliśmy w ciszy, ale paliły mnie uszy i swędział język.
– Wiesz na kogo wpadłam? – rzuciłam, patrząc w boczną szybę.
– Kogo? – zainteresował się.
Wszedł ostro w zakręt aż musiałam złapać się uchwytu przy drzwiach. Zapomniałam wspomnieć, że Kamil prowadzi jak szatan. To także w nim lubiłam.
– Adriana – rzuciłam i przygryzłam mocno wargę.
– Wakacyjnego Adriana? – zapytał autentycznie zdumiony.
Odważyłam się popatrzeć mu w twarz i skinęłam głową.
Kamil parsknął i pokręcił głową.
– Gdzie?
– Nie uwierzysz, ale okazało się, że mieszka piętro niżej, tuż pod mieszkaniem Daniela – powiedziałam i parsknęłam, przypominając sobie okoliczności spotkania – Mój pojebany kuzyn zrzygał mu się na balkon – wyjaśniłam, wybuchając śmiechem.
Teraz całe zajście wydało mi się strasznie zabawne.
Kamil zarechotał.
– Twój kuzyn to debil. I nie może mu pomóc nawet fakt, że jest niezłą dupą – powiedział rozbawiony. – A wracając do wakacyjnego Adriana? Co z nim?
– Nic – wzruszyłam ramionami. – Natknęłam się na niego na korytarzu. Nie mam pewności, ale chyba na mnie czekał, albo czatował pod drzwiami – uśmiechnęłam się na wspomnienie jego udawanego „niespodziewanego” spotkania.
– Dalej ma na twoim punkcie szajbę? – zapytał z niedowierzaniem i podniósł znacząco brwi, gdy zatrzymaliśmy się na czerwonym światle.
Ponownie wzruszyłam ramionami.
– Niezłe jaja – pokręcił głową i ruszył z kopyta, gdy światła zmieniły się na zielone.
Piętnaście minut później byliśmy już na parkingu pod blokiem mojego kuzyna. Jak zwykle mustang Kamila narobił hałasu i przyciągnął uwagę ludzi. Kumpel uwielbiał zainteresowanie gawiedzi zarówno na parkiecie, jak i poza nim. Nie był klasycznie przystojny, ale miał w sobie to nieuchwytne „coś”, co przyciągało wzrok.
Mój sportowy focus stał gdzie go zostawiłam i na ten widok odetchnęłam z ulgą. Kamil pomógł mi wytaszczyć akumulator, który ładował się wcześniej całą noc i zabrałam się za pracę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz